Na placu budowy wysokość pojawia się szybciej, niż się wydaje. Najpierw jest wykop i fundamenty, ale po kilku tygodniach ekipa stoi już na stropie nad parterem, montuje szalunki przy krawędzi albo przechodzi po rusztowaniu z wiadrem zaprawy. Przepisy BHP traktują jako pracę na wysokości wszystko, co odbywa się co najmniej metr nad poziomem podłogi lub terenu, więc w praktyce dotyczy to prawie każdego, kto pracuje przy stanie surowym, dachu albo elewacji.
Gdzie na budowie zaczyna się ryzyko
Najwięcej groźnych sytuacji nie zdarza się wcale na najwyższych kondygnacjach. Ludzie spadają z drabiny, z której „tylko na chwilę” coś przykręcali, z niezabezpieczonej krawędzi stropu, przez otwór technologiczny przykryty luźną płytą albo z rusztowania, z którego ktoś zdjął barierkę, bo przeszkadzała przy podawaniu materiału. Dekarz na dachu o dużym spadku, monter okien na trzecim piętrze, elektryk prowadzący trasę kablową pod sufitem hali – każdy z nich ma inną robotę, ale ten sam problem: jeden krok w złym miejscu.
Do tego dochodzi pośpiech. Terminy na budowie rzadko są luźne, a zabezpieczenia kosztują czas. Zakładanie szelek, przepinanie się między punktami, sprawdzanie kotwy przed wpięciem – dla kogoś, kto nie rozumie, po co to robi, szybko staje się uciążliwym rytuałem. Stąd bierze się większość skrótów, które potem kończą się wypadkiem.
Osobna sprawa to sprzęt. Szelki, które przez dwa sezony leżały w kontenerze obok rozpuszczalników, albo linka z przetartym oplotem, niby wyglądają w porządku. Ktoś, kto nigdy nie uczył się ich oceniać, po prostu je założy.
Czym są szkolenia dostęp budowlany i przemysłowy
Dostęp budowlany to sposób poruszania się po elementach konstrukcji z ciągłą asekuracją: po rusztowaniach, drabinach, dachach, kratownicach czy słupach. Pracownik nie wisi na linie jak alpinista przemysłowy, tylko chodzi i wspina się po tym, co już stoi, ale przez cały czas jest wpięty w system chroniący przed upadkiem. Wersja przemysłowa obejmuje podobne umiejętności w halach, zakładach produkcyjnych i przy instalacjach technologicznych, gdzie pracuje się nad maszynami, na estakadach i podestach.
Na takim kursie uczestnicy uczą się rzeczy, których nie da się wyczytać z instrukcji: jak dobrać i wyregulować szelki, kiedy użyć amortyzatora, a kiedy urządzenia samohamownego, jak ocenić, czy dany element nadaje się na punkt kotwiczenia, i jak policzyć przestrzeń bezpieczną pod stanowiskiem. Dużo czasu zajmuje praktyka, bo przepinanie się w ruchu tak, żeby ani na moment nie zostać bez asekuracji, trzeba mieć w rękach, a nie w głowie. Częścią szkolenia jest też podstawowe postępowanie, gdy ktoś zawiśnie w szelkach i trzeba go szybko opuścić lub podjąć.
Dobrze prowadzone szkolenia dostęp budowlany i przemysłowy kończą się egzaminem i zaświadczeniem, które pracodawca może pokazać przy kontroli. W ośrodkach działających w standardzie OTDL (Organizacja Techników Dostępu Linowego) jest to zwykle kurs „Bezpieczna praca na wysokości” na poziomie podstawowym, a dla brygadzistów i kierowników osobny moduł dla osób nadzorujących prace.
Jak zdobyć uprawnienia krok po kroku
Sama ścieżka nie jest skomplikowana. Najczęściej wygląda tak:
- badania lekarskie z orzeczeniem o braku przeciwwskazań do pracy na wysokości,
- kurs w ośrodku, który ma zaplecze do ćwiczeń na konstrukcjach, a nie wyłącznie salę z projektorem,
- egzamin teoretyczny i praktyczny,
- regularne odświeżanie wiedzy, bo sprzęt i dobre praktyki się zmieniają.
Obowiązek zapewnienia szkolenia leży po stronie pracodawcy, ale coraz częściej o kurs pytają sami pracownicy, zwłaszcza ci, którzy chcą przejść z robót ogólnobudowlanych do lepiej płatnych zleceń: montażu fotowoltaiki na dachach, prac przy liniach telekomunikacyjnych, dekarstwa czy robót elektroenergetycznych. Zaświadczenie z konkretnego kursu jest dla nowego pracodawcy prostym sygnałem, że nie trzeba kogoś uczyć od zera.
Co zmienia się po szkoleniu
Najbardziej widać to w nawykach. Przeszkolony monter sam zgłosi, że punkt kotwiczenia wygląda podejrzanie, nie wepnie linki bezpieczeństwa w barierkę rusztowania „bo przecież trzyma” i zauważy, że kolega ma źle dopięte taśmy udowe. Kierownik robót, który przeszedł moduł dla nadzoru, inaczej planuje kolejność prac, wcześniej zamawia siatki i zabezpieczenia krawędzi, a przy ocenie ryzyka nie kopiuje dokumentu z poprzedniej budowy.
Dla firmy wykonawczej to także spokojniejsze kontrole i mniej przestojów. Dla samego pracownika chodzi o rzecz prostszą: wrócić do domu po każdej zmianie o własnych siłach.
—
Artykuł sponsorowany
